Tak to się zaczęło…

Zacznę od początku. Tylko gdzie jest ten początek? Może tak… Moje pierwsze życie było pod dachem moich rodziców, u ich boku. Było to moje dzieciństwo, które bardzo miło wspominam. Moi rodzice zawsze byli dla mnie ostoją, otuchą. Zawsze mogłam na nich liczyć, o wszystkim porozmawiać, nie było tematów tabu. Dobre słowo było codziennością. Miałam udane dzieciństwo, a jako nastolatka? Cóż, byłam zbuntowana, jak chyba większość, ale moi rodzice, patrząc z perspektywy czasu, dobrze mnie wychowywali. Dużo mnie nauczyli, traktowali mnie z wyrozumiałością i wielką miłością. Pozwalali mi popełniać błędy i się na nich uczyć, za co jestem im bardzo wdzięczna. Dużo ze mną rozmawiali, tłumaczyli, pomagali. Nauczyli mnie, jak być kulturalną, miłą osobą, jak traktować drugiego człowieka, z równością, bez pychy i zazdrości, jak nie urazić innych, jak pomagać i się zachowywać w zależności od sytuacji w jakiej się znajdę, jak cenić siebie… Moi wspaniali i kochani rodzice. Dziękuję im za wszystko, bo to dzięki nim jestem po części taka jaka jestem. Za chwilę przedstawię Wam innych ludzi.  Ludzi, którym zawdzięczam to, jaka się zrobiłam silna. Dzięki nim nauczyłam się asertywności i walki o to co jest najlepsze dla mnie i mojej rodziny…

To było moje pierwsze i bardzo udane życie.

Drugie, to o którym chcę Wam właśnie trochę poopowiadać zaczęło się, gdy byłam na drodze do założenia swojej rodziny.

Poznałam mojego męża przez koleżankę – jego siostrę. Myślałam, że się przyjaźnimy, a nawet jeśli nie, to że jesteśmy na dobrej drodze do prawdziwej, zaufanej przyjaźni. Jak się później okazało, myliłam się. W momencie, gdy zaczęłam chodzić z moim obecnym mężem, zaczęłam tracić koleżankę. Było mi przykro, ale jednak to co miałam w sercu było silniejsze. Zaczęłam być przez nią źle traktowana, ale nie miało to dla mnie znaczenia – byłam zauroczona Nim! Już wtedy czułam, że to nie jest miłość na chwilę. Było między nami coś wyjątkowego. Zapewne dla wielu z Was jest to śmieszne, miałam przecież wtedy zaledwie 14,15 lat, a On zaledwie 3 lata więcej.

Najpierw zaczęło się od moich rodziców. Bardzo im nie pasowała ta znajomość, odradzali mi ją. Nie pasowała im różnica wzrostu, jaka jest między nami, ponieważ jestem wyższa, ale co mnie to obchodziło? Czy wzrost jest wyznacznikiem prawdziwej miłości, oddania i szacunku do drugiej osoby? Nie! Mówili mi, że nie pasuję do Jego rodziny. Wtedy myślałam, że gadają głupoty. Przecież mieli poczucie humoru, byli wyluzowani…Tak myślałam, wtedy! Czas pokazał, że moi rodzice mieli rację, ale o tym też w swoim czasie.

Byliśmy ze sobą bardzo długo. Misiek poszedł do wojska. Był to dla mnie ciężki czas. Tęskniłam. Dzwoniliśmy do siebie codziennie, pisałam listy też chyba każdego dnia. Ciężko było nam bez siebie. Czułam, jakby ktoś odebrał mi coś najcenniejszego. Każda Jego przepustka była niczym fajerwerki. Gdy się przytulaliśmy na przywitanie, to świat przestawał istnieć. Czas się zatrzymywał. To był czas, który pokazał nam jak wielkie jest nasze uczucie, ale pokazał też drugie oblicze tej wyluzowanej rodziny, którą miałam za sojusznika.

Nie chcieli mnie zabierać do jednostki na odwiedziny. Mówili mi, że to oni są jego rodziną, a nie ja. Siostra zaczęła się w to wszystko wtrącać. Byłam wzywana przez nich na jakieś rozmowy – szkoda gadać. Koszmar. Wtedy się tym przejmowałam. Było mi przykro. Przecież co ja takiego zrobiłam? Jak można kogoś karać za to, że kocha ich syna?! Nadal nie potrafię tego wszystkiego pojąć. Mniejsza z tym. Czas szybko minął. Wrócił do mnie Mój Kochany i znowu byliśmy razem. Jeszcze bliźsi sobie, jeszcze bardziej zakochani.

Ponownie minęło trochę czasu i w naszą już kolejna rocznicę, oświadczył mi się w bardzo wyjątkowy sposób. Nie zapomnę tej chwili do końca życia. Jedna z najwspanialszych w moim życiu. Zaręczyny i kolejne problemy. Jego rodzina nie akceptowała naszego związku. Jego ojciec nawet nie chciał przyjść na ślub. Moi rodzice też nie byli pocieszeni, ale zaakceptowali w końcu mój wybór. Byłam naprawdę szczęśliwa. Czułam, że chcę z nim spędzić resztę swojego życia. Niestety zaręczyny zostały zerwane. No tak, czego tu się można było spodziewać, przecież byłam jego pierwszą dziewczyną. Ja zerwałam zaręczyny, bo zdradził naszą miłość. Nie trwało to jednak długo. Moje uczucie było silniejsze. Nie potrafiłam bez niego żyć. Wybaczyłam. Dużo czasu upłynęło zanim zapomniałam, ale tak si stało. Wybaczyłam chyba odrazu. Tak myślę. Muszę Wam powiedzieć, że dzisiaj dochodzę do wniosku, że dobrze się stało. Czegoś nas to nauczyło, sprawiło, że nasza miłość stała się silniejsza. Dużo mieliśmy perypetii różnego typu, ale to co nas łączyło było mocniejsze, było wstanie wszystko przetrwać. Znajomi nam mówili, że nasza miłość jest książkowa. Coś w tym było. Kolejne zaręczyny i planowanie ślubu. Znowu radość przepełniała mnie po brzegi. Nie przeszkadzało mi to, że rodzice M mnie nie akceptowali. Nie miało to dla mnie znaczenia. Źle mi z tym było, ale co tam. Moim rodzicom tłumaczyłam, że to za M wychodzę, a nie za Jego rodzinę. Jednak nagle coś się zmieniło. Zaczęli mnie traktować jak córkę. WTF? Odpowiedź jest prosta. Ich idealna córka zaszła w ciążę bez ślubu, co im bardzo nie odpowiadało i nagle chyba zrozumieli, że nie jestem taka zła, że u nas wszystko się dzieje po kolei. Pomogli nam z przygotowaniami. Jego siostra jednak nadal pokazywała swoje prawdziwe oblicze. Zachowywała się tak, jakby to ona w tym wszystkim była najważniejsza. Mówiła nam co ma być w menu na ślubie, a co nie – bo to lubi, a tamto jej nie smakuje. Fotograf miał robić zdjęcia głównie jej córeczce. Wściekałam się, ale się nic nie odzywałam. Wszystko znosiłam, a gdy kiedykolwiek powiedziałam o jedno słowo za dużo zaraz przepraszałam. Było wstyd. Tego mnie nauczyli rodzice. Bycia fair. Po drugie robiłam to chyba dla Niego, by był szczęśliwy. A co z moim szczęściem? Miałam Jego, reszta nie miała znaczenia. Wszystko dało się przeboleć. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to się gromadzi, złość się zbiera, żal narasta i kiedyś wybuchnie. Niechęć do nich rosła. Zaczynałam rozumieć, że gdy kocham to kocham całym sercem, całą sobą, a jak nienawidzę to z całych sił. Moja pamięć zapisywała wszystko dokładnie, ze szczegółami. A uczucie, jakim ich teraz darzę takich nabrało rozmiarów, że niestety na dzień dzisiejszy wiem, że to się już nie zmieni.

Opisuję Wam trochę osoby, którym, jak już wspomniałam wiele zawdzięczam.  Gdyby nie to zimne traktowanie z góry nie byłabym dzisiaj chyba taką „lwicą”.

Wrócę jednak do dalszej części opowieści. Wzięliśmy ślub. Kolejny wspaniały dzień. Nigdy go nie zapomnę. Wtedy właśnie zaczął się kolejny etap w moim życiu. Na ślubie moi rodzice powiedzieli, że nie stracili córki, a zyskali syna. Dużo to dla mnie znaczyło. Ich akceptacja była dla mnie ogromna siłą.

Niestety kolejny etap problemów się zaczął, Wyjechaliśmy do Anglii. Wiadomo w jakim celu. Chcieliśmy  zarobić na mieszkanie, by móc zacząć życie na własną rękę, by nie być dla nikogo obciążeniem.

To był ciężki okres w naszym życiu. Daleko od domu, od rodziny. Tęsknota zaczęła robić swoje. Złość gdzieś umykał i zaczęłam się otwierać. Pisałam listy do rodziny o swoich uczuciach. Napisałam nawet do siostry M, ale nigdy nie odpisała. Był taki moment, kiedy poprosiłam o przesłanie naszych ubrań do Anglii, bo przecież nie wszystko dało się wziąć za pierwszym razem. Zrobiłam listę rzeczy, które potrzebowałam ja i On. Jego siostra zaproponowała moim rodzicom, że pomoże w spakowaniu wszystkiego o co prosiłam. Nie wiem dlaczego się zgodzili. Nie mam do nich pretensji, bo to nie ich wina, skąd mogli wiedzieć, jakie ma intencje. Wysłała wszystkie rzeczy o jakie prosił M, a mi tylko część z tego co potrzebowałam, bo jak mi potem powiedziała: „Ty masz więcej ubrań, a powinno być sprawiedliwie” K…a!!! Serio??? Chyba się przesłyszałam! Znowu naiwnie się nie odezwałam. Ugryzłam się w język. Machnęłam ręką. Innym razem rozmawiając przez Skypa z Jego rodziną, opowiadaliśmy jak ten ciężki czas tutaj próbujemy sobie umilić, o romantyzmie, który mimo depresyjnego samopoczucia próbujemy w sobie zatrzymać i nagle słyszę, jak siostra mojego M mówi, że czytała moje listy do Niego, które do  pisałam i to na dodatek przeczytała je z koleżanką, i że mało w nich jest o intymnym romantyzmie, o którym mówię. Co? Czy ja dobrze słyszę? Czytała moje listy? Pokazywała je koleżance? (Znam tą koleżankę i nie mam jej za złe – nie jej wina). Jednak znowu przełknęłam to i się nic nie odezwałam. Źle robiłam. Zaczynałam tracić szacunek do samej siebie pozwalając na to innym. Dawałam coraz bardziej sobie wchodzić na głowę. Oboje dawaliśmy. Nie odzywaliśmy się tłumacząc sobie , że to przecież rodzina. Dopiero później dotarło do mnie, że to nie jest rodzina, nie moja rodzina. Rodzina się tak nie zachowuje.

Często się zastanawiam czym to wszystko było i jest spowodowane? Niby nie raz mi powiedzieli. Zabrałam im syna i brata. Zabrałam? Nie ogarniam tego wszystkiego. To był jednak początek. Wróciliśmy do Polski. Znalazłam pracę w perfumerii, byłam kosmetyczką. Gdy tylko „proszono” mnie o hennę, pedicure, manicure…cokolwiek, zgadzałam się bez mrugnięcia okiem. Jasne, przecież to rodzina mojego M, jak tu odmówić? Teraz już wiem, że wówczas asertywność u mnie wynosiła 0. Robiłam wszystko. Gdy dostawałam kosmetyki w pracy, przynosiłam im. Dawałam co miałam.  Nigdy nie usłyszałam słowa: dziękuję. Wręcz przeciwnie, ciągle były pretensje, wybrzydzanie i coraz większe rządania. Spełniałam je i tylko żaliłam się moim rodzicom i mojemu M, jak się z tym wszystkim czuję. Mieszkaliśmy jeszcze z moimi rodzicami, ja pracowałam, M też. W domu tak naprawdę niewiele robiłam, nie gotowałam. Gotowała moja mama, nigdy mnie nie dopuszczała  do pracy w kuchni. Przez co słyszałam od swojej teściowej, że M wziął sobie za żonę dziewczynę z dwiema lewymi rękoma. Hm…, jak się potem okazało, to nie ja miałam dwie lewe ręce.

Chcę kolejny raz podkreślić, że opisuję Wam to wszystko nie dlatego, że chcę kogoś oczernić – nie! Chcę Wam pokazać jakie sytuacje, jakie słowa sprawiły, że mój charakter się zmienił, nabrał wyrazistości, nauczył po części prawdziwego życia, radzenia sobie z tą gorsza stroną rzeczywistości, stawiania czoła przeciwnościom i ludziom, którzy niszczą wrodzoną dobroć. Każda z nas na swojej drodze spotyka takich ludzi. Musimy być silni i nie bać się, że kogoś urazimy. Nami się nikt nie przejmuje. Ja do takiego doszłam wniosku. Mną i moimi uczuciami nikt się nie przejmował, a nawet miałam wrażenie, że czerpano z tego siłę. Dlatego w końcu nadszedł dzień, kiedy powiedziałam głośno NIE! Czytajcie dalej…

Udało się nareszcie, zaszłam w ciążę. Dowiedzieliśmy sie w Dzień Dziecka, w Dzień Naszego Dziecka. To był następny najwspanialszy dzień w moim życiu. Byliśmy przeszcześśliwi. Dzięki pracy w Anglii, udało nam się kupić mieszkanie, co prawda na kredyt, ale jednak. Nic dla mnie już nie było tak ważne, jak to, że jestem w ciąży. Okazało się, że niestety ciążę mam zagrożoną. Musiałam iść na zwolnienie, brałam leki na podtrzymanie i tylko modliłam się, aby Nasze maleństwo urodziło się zdrowe. Stawałam się inną osobą. Moje maleństwo dodawało mi sił.

Moi rodzice wprowadzili się do mieszkania, które kupiliśmy, a my zostaliśmy tu, w domu moich rodziców. Ze względu na metraż. Zaczęliśmy remontować pokoik dla Maleństwa i ogólnie robić to mieszkanie po swojemu. Nie ukrywam, że trochę pomógł nam ojciec mojego M i jestem mu za to wdzięczna, ale dobijało mnie gdy przychodziła „komisja” w postaci teściów i szwagierki i tylko krytykowała postępy naszego remontu. Wewnętrznie się wściekałam, ale wmawiałam sobie, że dla dobra dziecka nie będę robić afery. Wszystko byłoby ok do czasu kiedy coś zaczynało we mnie pękać i zaczęłam traktować ich tak samo, jak oni traktowali mnie. Przestałam siedzieć cicho. Mówiłam co myślę, broniłam mojego domu, mojej rodziny, ciepła jakie zbudowaliśmy, naszych racji, naszego zdania. Będąc w zaawansowanej, zagrożonej ciąży, usłyszałam od teściowej, że mogłabym jej zrobić manicure i pedicure. Odpowiedziałam, że naturalnie, że nie zrobię tego. Usłyszałam w odpowiedzi, że mam szczęście, że jestem w ciąży, bo inaczej bym usłyszała co ona o mnie myśli. W mojej głowie było pełno znaków zapytania. Zastanawiałam się cały czas co ja im zrobiłam? Jak zawiniłam, że tak jestem traktowana i krytykowana. To się ciągło za mną odkąd zaczęłam być z ich synem. Wiecznie słyszałam, jak ja wyglądam, jak się ubieram, jakie mam rozstępy na ciele i jak mi nie wstyd ich pokazywać, jaką mam okropną fryzurę. Po prostu tragedia.  Nie potrafię pojąć, jak można być tak bezczelnym. Chełpili się tym, że oni poprostu są szczerzy i mówią prawdę. Jednak zapominali chyba w tym wszystkim o kulturze. Obgadywanie wszystkich przy wszystkich było u nich normalne. Ja tego nie potrafiłam zrozumieć i nadal nie potrafię. Tak, ja też obgaduję. Przecież nie będę oszukiwała ani Was ani samej siebie. Nie jestem jakimś wyjątkiem i ideałem. Jednak robię to z głową i bez obrażania kogokolwiek. Po drugie nie oceniam ludzi po ich wyglądzie. Nie raz już się przekonałam, że jest to mylny sposób poznawania prawdziwych osobowości.

Odbiegłam chyba trochę od tematu, ale naprawdę chyba mogłabym na ten temat napisać książkę. Gdy siostra mojego M dowiedziała się, że jestem w ciąży też zaczęła starania o drugie dziecko. Tak więc też zaszła w ciążę. I zaczęły się porównania mnie z nią, naszych ciąż i w późniejszym czasie…sposobu wychowywania. Ona już miała córeczkę, ale nigdy nie odpowiadał mi sposób w jaki była wychowywana, nie odpowiadały mi zasady panujące w ich domu, ale przecież miałam do tego prawo. Nigdy jednak im tego nie mówiłam, bo po co?! Po co mi się mieszać?!  My nie chcieliśmy, żeby ktokolwiek wtrącał się w nasze sprawy i decyzje, więc sami też tego nie robiliśmy. Każdy ma prawo do własnych wyborów. Tak myślałam. Okazało się, że w momencie, kiedy zaczęłam mówić „NIE”, i że my mamy inną wizję prowadzenia domu i sposobu wychowania i życia, stałam się wrogiem numer jeden.

Nadszedł upragniony dzień, a właściwie noc. Rodziłam 13 godzin. Męczyłam się strasznie. Niewiele pamiętam z porodu. Modliłam się o zdrowe Maleństwa i o to by udało mi się urodzić naturalnie. Pragnęłam tego niesamowicie. Oczami wyobraźni widziałam, jak kładą mi mojego skarba na piersi. Jak jedno ciało, rozdzielone następnie znów staje się na tą krótką chwilę jednością. Pragnęłam poczuć jej zapach i ciepło. Chciałam by Ona usłyszała bicie mego serca i poczuła mój zapch. Przez całe 13 godzin tego właśnie pragnęłam. Niestety nie udało się. Zazdroszczę każdej kobiecie, która tego zaznała. Mi to nie było dane. Najważniejsze jednak oczywiście jest to, że moja córeczka urodziła się zdrowa. Wiem to, jednak gdzieś tam, głęboko w sercu boli mnie ta cesarka. Nie ważne… Pojawiła się  upragniona, wyczekiwana, Nasza córeczka Nicola. Dzięki niej Nasze życie się zmieniło. Dziś wiem, że to właśnie Jej brakowało nam do pełni szczęścia. Nasza Nicola. Nasze Szczęście. Nasza Miłośc. Nasze Życie.

Tego dnia nie tylko Nicola się narodziła, narodziłam się też nowa ja. Inna, silniejsza, zdecydowana, pewna siebie, z nowymi priorytetami i z nowym innym pomysłem na życie. Świat i ja już nie byliśmy tacy sami, jak przed tymi 13 godzinami. Wszystko się zmieniło, oczywiście na lepsze. Dla mnie, dla nas był to początek, a dla pewnych osób coś się właśnie zaczynało powoli kończyć… Przestali mieć wpływ na cokolwiek, ich zdanie przestało mieć znaczenie. Siła, która ogarnęła moje serce zaczęła mnie prowadzić i pewność, że teraz muszę mój świat ułożyć tak by moja rodzina była szczęśliwa, nikt inny…tylko Ona, On i Ja – MY!

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s